Luzacka niedziela#9: Uczuciowa przerwa

Tajwan, godzina 12:00. Nanako siedzi w satynowym szlafroku po późnym śniadaniu i matchy (zielonej japońskiej herbacie). Magisterka i projekty krzyczą na nią, że same się nie napiszą, ale autorka skutecznie knebluje im usta słowem ‚niedziela’. Jak mawia Nanakowa babcia „A coś Ty poszalała?! W niedzielę nawet sam Bóg odpoczywa, więc nie waż mi się ruszać!”. Wtedy akurat chodziło o to, że chciałam w niedzielę odkurzyć i umyć okna, ale przekaz pozostaje ten sam.

Magisterkę można uznać więc za nieobecną. Męża też ‚nie ma’ –  śpi po dyżurze. Jego ‚chwilo-brak’ przez kilka godzin będzie uznawany za plus i wiecie co? Jest nawet fajnie…

Tak. Wiele osób nie rozumie, że miłość jest uczuciem wspaniałym, ale tak samo jak czekolada, w nadmiernych ilościach szkodzi. Trzeba dać sobie odetchnąć, by się uczuciowo od tej słodyczy nie porzygać 😉

Twój samiec usiadł przed komputerem i gra pół dnia? Wysyła wiadomości bez emotikon o praktycznej treści bez serduszek? Macie tylko kilka wspólnych zdjęć na FB? No i co? Nic, jajeczko. Też włącz ulubiony film, pograj w grę, zrelaksuj się przy książce, poćwicz. Mąż nie zając – nie ucieknie (przynajmniej mój jeszcze nie próbował…;)). I tak, nadal Cię kocha, ale jak każdy normalny człowiek lubi porobić coś sam, dla siebie (Ty nie lubisz?). Niekoniecznie musi to też być coś konstruktywnego i ratującego świat – tak samo jak Twoje nakładanie maseczki czy 2 godziny przegadane na kawie z koleżanką. Żyj i dajże żyć innym – i Ty dziołszko, i Ty chopoczku 😉

Czy to nie jest zdrowsze? Ba, nawet miło, bo się trochę za sobą tęskni. Poza tym…Patrząc z szerszej perspektywy spędzicie ze sobą resztę życia… Nic więc dziwnego, że czasem macie się dość, no bo ile można? W niektóre dni się sobą nudzicie – naturalne, ot, co! Miłość na tym nie ucierpi, a wręcz przeciwnie. Każdy partner ceni w drugim człowieku pewną niezależność, posiadanie własnych pasji, rodzaj zapewnienia, że się na nim/niej nie uwieszamy. Ważne tylko, żeby po tym dniu, kilku, wrócić, przytulić się wieczorem i mieć świadomość, że będąc razem jesteśmy też wolni 🙂

Pozdrawiam,

Moderng Geisha 😉

Obiady czwartkowe#7: Niewinność zagubiona w deszczu

Banalnie bądź nie, czasem bywa tak, że jedno spotkanie potrafi zmienić całe nasze życie. I tak też dzieje się z niewinną, będącą uosobieniem świętości siostrą Consuelo – główną bohaterką powieści Eduarda Mendozy „Niewinność zagubiona w deszczu” – która zostaje wystawiona na próbę wiary pukając do drzwi lokalnego, podupadającego bogacza, próbującego utrzymać resztki swego majątku. I o ile przeorysza zjawia się tam by prosić o dotację na podlegający pod jej zakon szpital, plany Aixeli są już mniej jasne. Lemoniada, skrzecząca papuga, miłe, pozornie nic nieznaczące żarty i cudowna woń z należącego do posiadłości ogrodu… Wszystko jak na złość utrudnia siostrze realizację celu, a szczególnym problemem staje się wcześnniej wspomniany właściciel rezydencji w San Ubaldo. Czy pod skrytym, uprzejmym i kulturalnym sposobem bycia zawsze kryje się dobry człowiek? A może to ci pozornie źli i nieprzychylni ludzie mają w sobie więcej dobra? Dopóki nie miną lata, siostra Consuelo będzie długo żyć w niepewności, stale rozgrywając w swojej głowie scenariusze z przeszłości.

Brzmi ciekawie? Cóż, raczej nie dla męskich czytelników, bo to po części „głupie romansidło” przeznaczone dla kobiet 😉 Specjalnie ujęłam w nawias, bo książka nie jest zła – najzwyczajniej bardziej skupia się na sferze uczuciowej, która facetów rzadziej interesuje. Forma wewnętrznego monologu bohaterki na temat rozterek życiowych: tych duchowych, uczuciowych i przyziemnych, ze szczyptą wątku historycznego w klimatach hiszpańskiej partyzantki 😉 Dla mnie przyjemna lektura, szczególnie w jesienne wieczory. Może ze szklanką książkowej lemoniady lub mniej książkowej lampki wina czy kubka kakao? 🙂 Z pewnością łatwości wertowania kartki po kartce, tej pozycji odebrać nie można. Choćby dlatego, że jest krótka (134 strony A5). A czy dla Was? Nie wiem, ale polecam sprawdzić. Format mniejszy to i cena niższa. Portfel nie ucierpi 😉 Poniżej, tradycyjnie próbka:

„Wejście Augusta Aixeli przerwało w tym momencie ich rozmowę. O czym tak plotkujesz, Pudenciano? – zapytał głośno. Służąca stłumiła okrzyk. Augusto Aixela miał na sobie jedwabny szlafrok, spod którego wystawały nogawki prążkowanej piżamy. W jego spojrzeniu był powściągany gniew, co przestraszyło Pudencianę. Rozmawiałam z siostrą, wymamrotała, drżąc na całym ciele. Siostra Consuelo ponownie ujęła ją pod ramię i uśmiechnęła się do niej, jakby chcąc powiedzieć: Nie bój się, nie powiem ani słowa z tego, co mi mówiłaś. Dużo gadania i nawet szklanki wody nie podałaś, co siostra pomyśli o naszej gościnności, skarcił ją dziedzic, a czemuś mnie nie zawołała? Chciała to zrobić, ale jej nie pozwoliłam, wtrąciła zakonnica, bo słyszałam, że był pan na polowaniu. Tak, to prawda, ale proszę nikomu o tym nie mówić, jeszcze się nie śkończył sezon ochronny. Idź już, Pudenciano, ale nie odchodź daleko, bo możemy cię potrzebować, dorzucił, nie odrywając oczu od mniszki, a siostra niech mi wybaczy, że ją przyjmuję w tym stroju, położyłem się na kilka minut; proszę do gabinetu, niech siostra będzie tak dobra i poczeka, przebiorę się i jestem do usług”.

Merci, ciepłego, przyjemnego wieczoru! 😉

Modern Geisha

Dobra gadka#5: The Butterfly’s Struggle

Dzień dobry 😉 W dzisiejszym repertuarze krótko, ale motywacyjnie. O tym, że każda przeszkoda jest po coś. I choć czasem bywa ciężko, warto się pomęczyć i zahartować na przyszłość 😉 Ready for a little English language struggle? 3…2…1…!

It was the early blossoming of spring and a girl was wandering through a garden when she discovered a cocoon hanging from the branch of a tree. It was almost time for a butterfly to emerge. Fascinated with her discovery she returned to the garden daily, enthusiastic to see all that would happen and hoping never to miss a thing.

One day a small opening appeared from its cocoon and the girl saw the butterfly struggling to free itself from its cocoon and enter a new world. She watched intently – until the butterfly seemed to have stopped making progress. It appeared as if it had gone as far as possible and could go no further.

The girl made a sudden decision; she began to remove pieces of the cocoon that were obstructing the butterfly. Excited, she watched as the butterfly emerged, hoping its wings would unfold. But her excitement turned into dismay as the butterfly remained unable to move.

It was then that the girl realized what was happening: the cocoon was intended to create the struggle necessary for the butterfly to fly. In fact, it was not trying to escape… this was just nature’s way of making its wings stronger. It occurred to the girl that the butterfly would actually be grateful to the cocoon for the struggle that they would share.

early blossoming of spring – wczesny okres wiosennego kwitnienia

to wander – przechadzać się, wędrować

to discover – odkryć

cocoon – kokon

branch of a tree – gałęź drzewa

butterfly – motyl

to emerge – wyłaniać się, wydostawać się

to struggle – zmagać się

intently – uważnie, dokładnie

to make a progress – robić postępy

further – naprzód, dalej

sudden – nagły, niespodziewany

to remove – zdejmować, usuwać, pozbywać się

to obstruct – utrudniać, blokować

wings – skrzydła

to unfold – rozwijać

dismay – niepokój

unable to do something – niezdolny do czegoś

intended – przeznaczony do czegoś, stworzony w jakimś celu

grateful – wdzięczny

And that’s all. Finished faster than you could have expected! 😉

Fragment wzięty z książki Mirandy Kerr 2015 „Treasure Yourself” (pl. „Doceń siebie”), której osobiście nie polecam jakoś gorąco, bo poza tą historyjką niewiele z jej wnętrza przypadło mi do gustu (za dużo motywacyjnie-bezużytecznych pierdół?) … ale zostawiam jako odnośnik mimo wszystko. Może komuś innemu się przyda? 😉 Następnym razem planuję pomęczyć Was trochę gramatyką. Tymczasem udanego weekendu!

Cheers,

Modern Geisha

 

 

Dobra gadka#4: Life-Size Metal Sculptures Made of Thousands of Chinese Calligraphy Characters

Dzisiaj zmierzamy w kierunku sztuki azjatyckiej i artykułu ze strony >>>mymodernmet.com.<<< Co prawda napisano go w 2015 roku, ale że tematyką pasuje do bloga to pomyślałam sobie, że warto ‚odgrzać taki kotlet’ ;)))  Try your best to understand the whole passage!

Currently based in Beijing, contemporary artist Zheng Lu has risen to prominence in recent years for his innovative installations that explore the combination of sculptural material with Chinese classicism and traditional calligraphy. Trained in fine arts, the artist’s academics have primarily focused on sculpture, however his passion for Chinese classics has motivated him to break from the typical boundaries of sculpture and form a unique, contemporary style of his own.

Lu, who has had multiple exhibitions featured throughout China and Hong Kong, grew up in a literary family that placed a strong emphasis on Chinese intellectual learnings. His father made him take up the art of calligraphy when he was still quite young, and the artist masterfully merges these skills with a talent for sculpting, creating metal figures carved into thousands of Chinese characters. His detailed sculptures contain bits of Chinese poetry and classical religious teachings, incorporating a sense of serenity and peace into each of his figures. The combination of written word with visual art lends a distinctive aesthetic appeal to his collections, as well as an intellectual substance that sets him apart from other sculptors.

life-size – naturalnych rozmiarów

currently – obecnie

based in – (tutaj) mieszkający w

contemporary – współczesny

to rise to prominence – dojść do sławy, zdobyć znaczącą pozycję

installation – instalacja, ekspozycja

to explore – (tutaj) zgłębiać

classicism – klasycyzm (styl w literaturze, sztuce i muzyce nawiązujący do starożytnego Rzymu i Grecji)

calligraphy – kaligrafia (sztuka artystycznego pisania)

the fine arts – sztuki piękne

academics – (tutaj) prace, dzieła

primarily – początkowo

sculpture – rzeźba

to break from the boundaries – (tutaj) wyłamać się z kanonu

unique – wyjątkowy, unikatowy

multiple exhibitions – liczne wystawy

to feature – wystawiać, prezentować

literary family – wykształcona rodzina

to place a strong emphasis on sth – kłaść na coś silny nacisk

to take up – wziąć się za coś, podejmować się czegoś

masterfully – po mistrzowsku

to merge the skills – łączyć umiejętności

carved – wyrzeźbiony

poetry – poezja

to contain – zawierać

bits of poetry – fragmenty poezji

religious teachings – nauki religijne

to incorporate – łączyć/zawierać w sobie

serenity – łagodność

peace – spokój

to lend an appeal – dodawać wyrazu

distinctive – charakterystyczny

aesthetic – estetyczny

intellectual substance – intelektualna, umysłowa kwintesencja

to set somebody apart – wyróżniać kogoś (np. pomysłowością)

I jak? Zrozumieliście całość? 😉 Wiem, że część (większość?) słówek, które wypisałam jest być może zbyt prosta dla niektórych osób, ale…chodzi mi o trafienie do jak największej liczby czytelników, więc jeśli znaliście tłumaczenie wcześniej to po prostu mieliście mniej roboty i tyle – ino pogratulować 😉 ALE. Coś, co dla nas jest prościzną, nie zawsze będzie prościzną dla innych. Uprasza się o wyrozumiałość 😉 Mam nadzieję, że miło Wam się czytało.

Udanego weekendu & see you next time!

Modern Geisha

 

 

Środa na głoda#7: Ciasteczka księżycowe

Tak jak obiecałam, dzisiaj przepis na ciasteczka księżycowe (yuèbǐng 月餅), będące jednym z symboli tajwańskiego Święta Środka Jesieni 😉 Jeśli ktoś przegapił skąd się ono wywodzi zapraszam >>> tutaj <<<. Całej reszcie polecam natomiast lekturę kulinarną poniżej 😉

Przygotuj:

500g mąki

375g cukru

dużą łyżkę sody oczyszczonej

150ml oliwy

1 białko jajka (opcjonalnie)

400-475 g słodkiej pasty z czerwonej fasoli azuki (kup np. tutaj:delikatesy azjatyckie lub tutaj sklep internetowy słodko-kwaśny; możliwe też, że produkt znajdziecie w marketach typu Piotr&Paweł albo Alma, ale nie daję gwarancji ;))

Przygotowanie (40-50minut) :

Zmieszaj mąkę, cukier i sodę, na samym końcu dodając oliwę. Wyrabiaj ciasto tak długo aż uzyskasz jednolitą masę. Następnie podziel je na małe porcję i rozwałkuj każdą z nich. Przygotuj pastę z czerwonej fasoli i nakładaj malutką łyżeczką na rozwałkowane wcześniej „placki”. Złóż na pół i połącz ze sobą brzegi ciasta (tak jak przy zlepianiu pierogów). Teraz używając obu dłoni uformuj z nich kulki (rozmiar zależy od Ciebie;)). Jeżeli chcesz możesz też użyć foremek by nadać im konkretny kształt, ale uważaj, by nie spłaszczyć zbytnio kulek, bo pasta z fasoli zacznie wychodzić bokami, czego oczywiście wolelibyśmy uniknąć ;))) Na samym końcu delikatnie oprósz ciastka i posmaruj je ubitym białkiem. Piecz w temperaturze 170 stopnii około 20-30minut (w zależności od piekarnika). Et voila! 😉 Najlepiej wcinać zaraz po upieczeniu, ale jeśli odczekacie aż wystygną i włożycie je do lodówki można jeść również na drugi dzień na zimno. PS. Najlepiej smakują w towarzystwie ciepłego mleka 😉

Co zaś tyczy się Tajwanu to ciasteczka możemy dostać nawet poza sezonem Święta Środka Jesieni w wielu piekarniach. Dlatego jeśli odwiedzacie Tajwan w innym sezonie nie ma się co martwić, nadal macie szansę spróbować. Ja też nie robiłam, dostałam ciastka wyglądające jak małe arbuzy o smaku matchy (japońskiej zielonej herbaty) od kolegi z grupy 😉 Można podziwiać na zdjęciu 😉

Ogólnie? Miłego wcinania, niezależnie czy są to akurat ciasteczka księżycowe czy schabowy ;)))

Modern Geisha

Wtorki eksploratorki#10 Święto Środka Jesieni

W 15-sty dzień ósmego miesiąca w kalendarzu księżycowym (czyli europejsko-kalendarzowe jutro 4.10) Tajwańczycy spędzają czas w gronie przyjaciół robiąc grilla, wcinając tzw. księżycowe ciasteczka i obserwując księżyc. Wszystko to oczywiście zgodnie z tradycją obchodzenia Święta Środka Jesieni (中秋節 Zhōngqiūjié), która została zapoczątkowana dawno, dawno temu…

…gdy na niebie istniało 9 słońc, sprowadzając straszliwą suszę i nieszczęście na Chińczyków. Plony nie przynosiły żadnych owoców, wysychały rzeki, a ludzie nie mogli znieść trwającego ciągle upału. Wszyscy myśleli, że czeka ich zguba, gdy nagle z niebios zstąpił bohater: Hou Yi –  chłop o sprycie nie mniejszym niż jego mięśnie (a ponoć były duże), który stwierdził, że 9 słonć to faktycznie lekka przesadka, więc zostawił tylko jedno a resztę ustrzelił z łuku. Tak. Z ŁUKU, Przy okazji zyskał sobie przychylnosć mieszkańców, nieśmiertelną sławę no i oczywiście wielbicielkę męskich bicepsów – niewiastę o imieniu Chang’er. Ha! I to nie byle jaką niewiastę lecz boginkę, którą właściwie uwiódł już wcześniej ustrzelając z łuku kroplę spadającą z gałęzi drzewa, co zakończyło się dla obojga małżeństwem (sic!). Po zestrzeleniu słońc pokochała go jednak jeszcze bardziej.

No, talent „chopok mioł” – to mu trzeba przyznać, ale mimo uzyskania ochów i achów pięknej Chang’er, nie udało mu się uniknąć gniewu teścia. Bowiem teściu w porównaniu do swej córki nie był takim tam sobie bożkiem lecz prawdziwym bogiem z wszystkimi zajebistymi mocami, który zamieszkiwał niebiosa i delikatnie mówiąc wkurzył się na Hou Yi, że ten śmie strzelać sobie do jego boskich słońc. Sprawę komplikował jednak fakt, że bezczelny jegomość strzelający do ciał niebieskich był mężem jego córki, więc zamiast go uśmiercić postanowił wygnać obojga z niebios (spryciarz!). Córki w sumie nie ukarał, ale ta z miłości postanowiła wieść śmiertelne życie u boku męża…

I w sumie na początku nie było źle. Ona opiekowała się domem, on siekł nawiedzające tereny potwory, a pod wieczór spotykali się w domu i robili konkurs na romantyczne powiedzonka, czyli po prostu wyznawali sobie miłość. Problem pojawił się, gdy oboje przypomnieli sobie, że śmiertelnicy się starzeją i że oni też w końcu kiedyś umrą. „Nie może być” – ustalili jednogłośnie dochodząc do wniosku iż śmiertelne życie to dla nich za mało by mogli celebrować swoją miłość. Hou Yi myślał i myślał aż w końcu przypomniał sobie, że gdzieś w okolicy żyje „królowa matka”, która zna się na magii i mogłaby dać mu eliksir wydłużający jego życie i życie Chang’er tak, aby kiedyś, gdy teściu się odobrazi, mogli wrócić z powrotem do nieba i cieszyć się nieśmiertelnością.

Pokonał 9 gór, 6 rzek i 3 pustynie, gdy w końcu dotarł do królowej matki. Ta słysząc o jego wielkich wyczynach nie zwlekała za bardzo i po prostu dała mu 2 eliksiry stawiając jeden warunek: „Musicie je wypić w 15-sty dzień ósmego miesiąca podczas pełni księzyca. Jeśli jedno z was wypije dwie porcje samo – zginie.” Hou Yi przytaknął i w podskokach ruszył do domu.

Gdy Chang’er usłyszała dobre wieści od męża rozryczała się mocząc mu rękaw i zaakceptowała warunek dany im przez królową matkę. Aby uniknąć nieszczęsnego wypadku zgubienia cennych fiolek przez Hou Yi podczas siekania potworów, oboje zdecydowali, że lepiej, gdy zostaną one przy żonie. Ha! I w tym cały psikus, bo jak się później okazało to nie był dobry pomysł…

Pewnego dnia, gdy Hou Yi wyruszył na polowanie, a jego żona została w domu sama, jeden z generałów jej męża (symulujący wczesniej chorobę, by nie ganiać za zwierzyną), zakradł się do ich rezydencji usiłując ukraść magiczny napój. Jakoże gościu nie miał zbyt czystego serca (był zły), doszło do szarpaniny i Chang’er w akcie desperacji wypiła napój sama, by czarny charakter nie zyskał nieśmiertelności i nie przejął władzy nad światem.

Jakimś cudem jednak nie kopnęła w kalendarz lecz zaczęła się unosić w powietrzu, później lecieć, lecieć i nagle pah! – wylądowała na księżycu. Gdy Hou Yi wrócił do domu nie miał bladego pojęcia co się stało. Wpadł w rozpacz, ale w kronikach nie wspomniano czy poszedł się napruć czy się rozpłakał. W każdym razie było z nim źle. Źle na tyle, że w środku nocy wyszedł przed dom i zaczął wykrzykiwać imię swojej żony przeklinając niebiosa i intensywnie się w nie wpatrując, tak jakby szukał boskiego teścia, któremu miał teraz ochotę skopać tyłek.

Jakież było jego zdziwienie, gdy dostrzegł na księżycu poruszający się cień, który przypominał…Chang’er. Doszedł więc do wniosku, że faktycznie tam jest i rozpłakał się wiedząc, że są od teraz na zawsze rozdzieleni. Wystawił w domu ołtarz ku czci małżonki i ofiarował na nim okrągłe ciasteczka, które miały być aluzją do księżyca…który też jest okrągły, a na nim jest jego żona. Eee, no. Toteż dlatego Tajwańczycy spotykają się w ten dzień robiąc grilla, by się połączyć i cieszyć z faktu, że nie są rozdzieleni. Przy okazji oddając oczywiście hołd zakochańcom o których pisałam powyżej.

Swoją drogą Hou Yi musiał mieć niezły wzrok skoro dostrzegł cień żony na księżycu, ale mniejsza. To legenda, a legendy zawsze były pisane na pełnym wypasie 😉 Mam nadzieję, że spodobała Wam się moja wersja, która nie jest zmyślanką i też zawiera fakty z prawdziwej historii tylko opowiedziałam ją Wam nieco mniej poważnie. No, bo po co nam powaga skoro wersję oryginalną możecie znaleźć w Google albo na You Tube? 😉 Co nie? Co tak!
Cheers i do następnego razu! Warto zajrzeć jutro, bo w następnym poście z serii Środa na głoda podam przepis na księżycowe ciasteczka!!! ;))) 中秋節快樂 Zhōngqiūjié kuàilè!!! (Wszystkiego dobrego z okazji Święta Środka Jesieni!) Tymczasem zdjęć kilka: ‚księżycowy stół modlitewny’. księżycowe ciasteczka i grill!

Modern Geisha

 

 

Dobra gadka#3: A Grown-Up Who Loves Toys

Siemaszko 🙂 Dzisiaj tekst dla dużych dzieci, o nietypowych pasjach, które mogą nam się przydarzyć nawet po 40-stce. I nie, nie będzie o przygodach seksualnych osób przeżywających kryzys wieku średniego, tylko o zabawkach 😉 Here we go…

A Grown-Up Who Loves Toys

In most ways, Ray Beasley is a typical 42-year-old American man. He works for an insurance company and lives in the suburbs with his wife and baby daughter. He likes making home videos and watching sports on TV. There’s only one difference. Ray collects toys. Lots of toys. Thousands of them.

Ray has been collecting Star Wars toys since he saw his first Star Wars movie at age eight. „It just captured my imagination,” he says. „I’ve been obsessed ever since.

He now owns more than 2,000 action figures, 150 model spaceships, and many rare items of Star Wars memorabilia like movie posters and autographs. He keeps them all in the small bedroom he shares with his wife, Suzie, who doesn’t seem to mind. „Collecting is my pastime, too,” she says. „I have a collection of dolls in the living room.”

„People think collectors are weird nerds and that they don’t have any friends,” Ray says. „But actually, collectors have been having big conventions for years now. My passion has taken me to nine different countries and I’ve made plenty of great friends.”

How much is this collection worth? Ray thinks its value might be close to $100,000. „But why would I sell it?” he asks. „What would I do with the money except buy more toys?”

grown up – dorosły

insurance company – firma ubezpieczeniowa

suburbs – przedmieścia

to collect – kolekcjonować coś

to capture somebody’s imagination – zawładnąć czyjąś wyobraźnią

to be obsessed with something – mieć obsesję na jakimś punkcie

ever since – od tamtej pory

action figure – figurka z ruchomymi kończynami (przedstawiająca znaną postać, również fikcyjną)

spaceship – statek kosmiczny

memorabilia – pamiątki

to don’t mind something – nie przejmować się czymś

pastime – hobby

nerd – nieudacznik, oferma, lamus

convention – zjazd (np. fanów, graczy)

passion – pasja

to make friends – zaprzyjaźniać się

to be worth something – być ileś wartym

value – wartość

I po krzyku, słówek mniej niż ostatnio. Tekst całkiem przyjemny, no nie? No no 🙂 Materiał wzięty z książki Smart Choice (2nd edition): Teacher’s Book (str. 8) 2011, autorstwa Kena Wilsona i Mike’a Boyle’a, wydanej przez Oxford University Press. Tak gdyby ktoś chciał więcej… 😉 A ja znikam czytać dalej książkę Ignacego Karpowicza, bo na Tajwanie już po 22. Spodziewajcie się niedługo recenzji 😉

Thanks guys, and hopefully, see you next time! 😉

Modern Geisha

 

Luzacka niedziela#7: Różana maseczka od My Beauty Diary

Ha! Stało się, autorka  prezentuje pierwszy post „bjuti” (aż sama nie wierzę!) Temat typowo kobiecy, więc panowie mogą iść spokojnie na piwo 😉 Płci żeńskiej zarekomenduję maseczkę tajwańskiej firmy, która bije już od kilku lat rekordy popularności – i to nie tylko tutaj. Produkt oprócz Azji podbił też rynki kanadyjskie i amerykańskie, ma też ponoć fanki w Rosji. Ale pytanie czy warte to wszystko zachodu? 😉

Skład: czarna róża, ekstrakt z aloesu, wyciąg z kory wierzby srebrzystej (rosnącej w Azji), wodorostów, brusznicy i ogórka, a wszystko to wzbogacone kwasem hialuronowym oraz wyciągiem z drożdży.

Stosowanie: do skóry normalnej, potrzebującej nawilżenia/odświeżenia lub takiej z przebarwieniami by wyrównać koloryt, i co w typowo azjatyckim stylu, do ‚wybielenia’. Jednak tym wybielaniem wcale bym się nie przejmowała, bo po zastosowaniu raz na tydzień/dwa absolutnie nic się nie dzieje. Sądzę zatem, że to taki chwyt marketingowy na Azjatki, które rozpaczliwie pragną mieć jaśniejszą cerę;) Przed nałożeniem skórę należy umyć wodą lub dodatkowo przemyć ją też łagodnym tonikiem. Osobiście polecam nakładanie bezpośrednio po prysznicu, bo pory naszej skóry otwierają się ułatwiając wchłanianie.

Forma: spory, cienki płat materiału wzbogacony włóknami węglowymi i nasączy powyżej wymienioną mieszanką.

Czas: 15-20 minut. Po zdjęciu resztę maseczki należy dodatkowo wmasować w twarz i poczekać aż się wchłonie. Ja niestety zazwyczaj nie mam na to tyle czasu, więc jeśli po zdjęciu nie wchłonie się po 10-ciu minutach, po prostu zmywam resztki wodą lub tonikiem. Sam materiał w porównaniu do innych tego typu maseczek fajny – w końcu coś co się tak cholernie nie rwie przy byle jakim dotyku!

Dodatkowa porada 1: Miło chłodzi, ale jeśli macie pociągłą twarz jak ja, będzie ją dość ciężko dopasować, bo kształtem wpisuje się raczej w typ „okrągłej jak księżyc” azjatyckiej twarzy.

Efekt? Ładnie rozświetlona i nawilżona skóra. Co więcej, bardzo dobra baza pod makijaż, która dodaje świeżości i sprawia, że kosmetyki dobrze się wchłaniają dając bardzo naturalny efekt. Na co dzień jeśli też macie mało czasu można sobie ze spokojem odpuścić i stosowanie raz na tydzień/dwa absolutnie wystarczy. U mnie maseczki zalegają niekiedy nietknięte z miesiąc lub dłużej, więc spoko, rozumiemy się. Czasu na leżenie i pachnienie też mam niewiele.

A co z wyrównaniem kolorytu? Nie wiem. Nie mogę powiedzieć, bo mnie ten problem nie dotyczy a moje drobne piegi mi nie wadzą – pardon! 😉 W każdym razie nie zniknęły po użyciu!

Gdzie zamówić? Alie Express i Amazon. Jak z dostępnością w polskich drogeriach, ni wim 😉

Dodatkowa porada 2: Jeśli przygotowujecie się do sesji ślubnej lub ślubu warto stosować maseczki codziennie lub co 2 dni przed wyznaczoną datą. Skóra wygląda o wiele lepiej. Panów też to się tyczy. Mój mąż-wysuszony-dziadek i wróg kremów przyznał, że faktycznie wyglądał lepiej 😉

Dodatkowa porada 3: Z maseczki w opakowaniu zazwyczaj pozostaje trochę więcej kosmetyku, więc warto wmasować go w łokcie i kolana lub inne przesuszone miejsca.

Dodatkowa porada 4: Lepiej nakładać jak mąż wyjdzie, żeby się nie wystraszył. Patrząc na zdjęcie zrozumiecie dlaczego 😉

21104334_1584510088266855_348867513_o

Cheers!

Modern Geisha 😉

 

Dobra gadka#2: Tajemniczy ogród-fragment

Ha! Nareszcie! W końcu powstał drugi post, który miejmy nadzieję, zachęci Was lub pomoże w nauce angielskiego 😉 Wybrałam fragment z książki „Tajemniczy ogród” napisanej przez Frances Hodgson Burnett, bo chyba każdy z nas kojarzy tę historię. A jeśli coś kojarzymy to miejmy nadzieję przyswajanie wiedzy też pójdzie lepiej. Poziom trudności jednym będzie odpowiadał, drugim nie, ale ufam, że znajdzie się ktoś, kto skorzysta. Tłumaczenie pogrubionych w tekście słówek znajdziecie pod fragmentem tekstu. Jeśli reszta sprawia Wam problem odsyłam do słowników. Let’s start!

mary lennox

When Mary Lennox was sent to Misselthwaite Manor to live with her uncle, everybody said she was the most disagreeable-looking child ever seen. It was true, too. She had a little thin face and a little thin body, thin light hair and a sour expression. Her hair was yellow, and her face was yellow because she had been born in India and had always been ill in one way or another. Her father had held a position under the English Government and had always been busy and ill himself, and her mother had been a great beauty who cared only to go to parties and amuse herself with gay people. She had not wanted a little girl at all, and when Mary was born she handed her over to the care of an Ayah, who was made to understand that if she wished to please the Memsahib she must keep the child out of sight as much as possible. So when she was a sickly, fretful, ugly little baby she was kept out of the way, and when she became a sickly, fretful toddling thing she was kept out of the way also. She never remembered seeing familiarly anything but the dark faces of her Ayah and the other native servants, and as they always obeyed her and gave her her own way in everything, because the Memsahib would be angry if she was disturbed by her crying, by the time she was six years old she was as tyrannical and selfish a little pig as ever lived. The young English governess who came to teach her to read and write disliked her so much that she gave up her place in three months, and when other governess came to try to fill it they always went away in a shorter time than the first one. So if Mary had not chosen really to want to know how to read books, she would never have learned her letters at all.

manor – dwór, posiadłość

disagreeable looking – niesympatycznie/niemile wyglądający

sour expression – gorzki wyraz twarzy

in one way or another – z tego czy tamtego powodu; (tutaj chora) na to i owo

to hold a position – zajmować posadę

busy – zajęty

great beauty – niezwykła piękność

to amuse oneself – bawić się, zabawiać się

gay – radosny, wesoły

to hand someone/something over to the care of somebody – przekazać kogoś/coś pod czyjąś opiekę

to make someone understand – dać komuś coś do zrozumienia

memsahib – Europejka (w Indiach)

to keep something out of sight – trzymać coś z daleka, trzymać coś w ukryciu

sickly – chorowity, cherlawy, słaby

fretful – nieznośny, marudny

to keep out of the way – usuwać z drogi, trzymać z daleka

toddling thing – niepewnie dreptająca rzecz (tutaj: dziecko)

familiarly – znany, znajomy

to obey – słuchać, być posłusznym

to give way – ustępować

to disturb – niepokoić, przeszkadzać

by the time – zanim, do czasu

tyrannical – despotyczny, tyrański

selfish – samolubny, egocentryczny

governess – nauczycielka, guwernantka

to give up one’s place – porzucić posadę

I jak? Łatwe/trudne? Wydaje mi się, że nie tak źle, co? 😉

Tekst zapożyczony z oryginalnej książki wydanej przez Collins Classics „The Secret Garden” autorstwa wspomnianej Frances Hodgson Burnett. Sam fragment znajduje się w I rozdziale (There is No One Left) na stronach 1-2 🙂

Miłego weekendu!

Modern Geisha

 

 

Środa na głoda#6: Makaron z sosem orzechowym i smażone kalmary

Dzień dobry 🙂 Dzisiejszy post na słodko-słono: jedno danie takie, drugie takie. Oba jak najbardziej dostępne jak Tajwan długi i szeroki (haha, no chyba nie?), czyli wszędzie 🙂 I jak zwykle przepysznie!

Makaron z sosem orzechowym (麻醬麵 májiàngmiàn) to nie żadna filozofia. Makaron + sos orzechowo-sezamowy, ot co. Jak makaron smakuje tłumaczyć też nie muszę, a co do sosu…coś jak mieszanka bardziej płynnego masła orzechowego i ciasteczek z sezamem, które wielu z nas pamięta z czasów przedszkolnych. Proste, ale pyszne! Co więcej, można kupić w mobilnych kuchniach (takie ‚jeżdżące małe kuchenki’), ba! nawet przygotować samemu. Kupujemy zwykły makaron lub azjatyckie noodle, gotujemy. Dodajemy gotowy sos orzechowy dostępny w każdyn markecie np. 頂好Wellcome czy 全聯 i voila! 🙂 W Polsce sosów możemy poszukać w Almie, sklepach z azjatycką żywnością (Kuchnie Świata?) czy Piotrze i Pawle, choć nie zawsze mają. Radzę przeczytać też na etykiecie jakiego to typu sos orzechowy, bo nie chcielibyście kupić tego bardziej słonego z sosem sojowym i grzybkami mun w składzie mając ochotę na słodkie – believe me 😉 Kiedyś zastanawiałam się też czy nie można po prostu dodać prawdziwego masła orzechowego i czekać aż się roztopi i wymerdać później z makaronem. Jak wypróbuję i przeżyję dam znać 😉 A smakołyk poniżej:

majiamian

Najlepszy 麻醬麵 májiàngmiàn znajdziecie moim zdaniem w Yilanie nieopodal dworca kolejowego. Sklep nazywa się 大麵章 (‚Wielkie Noodle Zhang’a’ (nazwisko właściciela) – tłumacząc niezgrabnie na język polski) i znajdziecie go pod tym adresem: 260宜蘭縣宜蘭市新民路24號 (lepiej szukać po chińsku, bo łatwiej). Dojazd z Taipei to średnio 1,5h samochodem i mniej więcej tyle samo autobusem, w który możemy wsiąść na stacjach 台北車站 (Táiběi chēzhàn – Taipei Main Station), 市政府 (Shìzhèngfǔ – Taipei City Hall), 科技大樓 Kējì dàlóu – Technology Building) czy 南港展覽館 (Nángǎng zhǎnlǎnguǎn – Nangang Exhibition Center).

damianzhangdojazd

Teraz pora na smażone kalmary (炸魷魚 – zhá yóuyú). I tutaj zdecydowanie polecam kupować w mobilnych kuchniach podróżując na Tajwanie. Można zrobić samemu i babrać się z oporządzaniem kalmarów oraz panierką, ale po co? Te kupne są już wystarczająco dobre i cudownie przyprawione. Kalmar smakuje jak…kalmar. Nie wiem do czego porównać – trzeba spróbować. Kwestia panierki to już zupełny freestyle: z mąki kukurydzianej, z mąki pszennej, mieszanki tych dwóch, ‚azjatyckiej vegety’. Osobiście uwielbiam też uczucie przeżuwania tej przekąski, bo jest pozytywnie gumowa 🙂 (nie, nie rodzaj łykowatego steka, lepiej!). Można znaleźć na tajwańskich nocnych ryneczkach, mobilnych kuchniach na ulicy, popularnych miejscach turystycznych, restauracjach – absolutnie wszędzie. Ja osobiście nie polecam jedynie okolic Tamsui (淡水 T/Dànshuǐ), bo już dwa razy nabawiłam się tam problemów z żołądkiem (pewnie ze względu na warunki higieniczne).

youyu

U mnie co prawda południe, ale rodakom życzę smacznego śniadania 😉 Tymczasem w przerwie od pracy zmykam podbijać level w Heroes-ach online 🙂

Cheers,

Modern Geisha